Szukaj wiadomości:

Dziwna rewolucja w Tajlandii

Logo dostawcy
Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego | dodane 2010-07-05 (17:18)

drukuj A A A
Centrum biznesowe stolicy państwa okupowane ponad dwa miesiące przez demonstrantów. Pierwsza próba siłowego ich zdławienia, 10 kwietnia, przyniosła ofiary, jednak niczego nie zmieniła, dopiero pacyfikacja dokonana przez wojsko 19 maja przywróciła w Bangkoku porządek. Czy na pewno?

Sceny, które widzieliśmy, głęboko zapadają w pamięć: uliczne barykady forsowane przez wozy opancerzone, wzajemne ostrzeliwanie się, nierówny potencjał sił (demonstranci – proce i pojedyncze karabiny, wojsko uzbrojone po zęby i w ciężki sprzęt), lejąca się krew, a potem jeszcze wielki pożar w mieście. Czyżby nieudana rewolucja, krwawo stłamszona?

Źródła rewolucji

Tajlandia trzęsie się w posadach od dawna. Spokój podważono już w 2006 roku, kiedy na ulicach Bangkoku pojawili się masowo demonstranci w żółtych koszulach. Dawali tym samym do zrozumienia, że „są z królem”, bo obecny monarcha, najdłużej panujący na świecie Bhumibol Adulyadej (Rama IX) urodził się w poniedziałek, a ten akurat dzień jest w tajskiej, bogatej w symbolikę tradycji kojarzony właśnie z kolorem żółtym.

Wiadomo, czemu ten ruch powstał, jak też kto i dlaczego go zorganizował. Tę relację można ograniczyć do zaledwie dwóch nazwisk. Pierwsze jest absolutnie kluczowe: w latach 2001 – 2006 premierem w królestwie, od 1932 r. monarchii konstytucyjnej, był pułkownik policji, a potem rzutki biznesmen, który błyskawicznie dorobił się ogromnego majątku na rządowych zamówieniach w dziedzinie wysokich technologii: Thaksin Shinawatra.

Nie ma wątpliwości, że były to rządy bezprecedensowe. Thaksin potraktował kraj tak, jak wcześniej swoje firmy. Sam chwalił się, że jest raczej „dyrektorem zarządzającym” (Chief Executive Officer – CEO), niż zwyczajnym premierem. Rządził jednoosobowo, zdecydowanie i bez pardonu. Nie krępował się w czynach i w języku. Sam mówił, że dla niego „demokracja jest jedynie narzędziem”, spośród doradców „słucha jedynie żony”, a na dalekim południu kraju, gdzie żyją skupiska muzułmanów, w jego ocenie „nie ma separatyzmu, ani ideologicznego terroryzmu, są jedynie pospolici bandyci”.

Efekt? Od stycznia 2004 r. mamy tam do czynienia z podsycanym przez islamskich fundamentalistów ruchem separatystycznym, w wyniku którego niemal codziennie giną ludzie, a łączna liczba ofiar przekroczyła już trzy tysiące. A ponad 2 600 ofiar pochłonęła wydana przez Thaksina bezpardonowa „wojna z narkotykami”.

Spuścizną dynamicznych, lecz kontrowersyjnych rządów Thaksina są bezprecedensowe i głębokie podziały: na islamskie południe i buddyjską północ, na biednych i bogatych, na uprzywilejowanych i nieuprzywilejowanych, na stolicę i prowincję. Ten ostatni jest szczególnie wyrazisty, bo to właśnie w stolicy, w samym jej sercu, jakim jest park Lumpini, we wrześniu 2005 r. dawny wspólnik Thaksina w interesach – to drugie wspomniane nazwisko – Sondhi Limtongkul, któremu premier, w swoim stylu, odebrał „okienko” w publicznej telewizji, rozpoczął cykl masowych wieców wskazujących na niedemokratyczne rządy, a przede wszystkim kolesiostwo i korupcję na szczytach rządowej władzy.

Nieco osaczony Thaksin odpowiedział, w styczniu 2006 r., sprzedażą rodzinnego imperium biznesowego, firmy Shin Corporation, za sumę – bagatela – 2,1 mld dolarów i to jeszcze bez opodatkowania. To wtedy zwykli Tajowie uświadomili sobie, jak bogaty jest premier – i to wtedy ruszyły na ulice Bangkoku żółte koszule z Sondhim Limtongkulem na czele.

Tajska gehenna

Tak rozpoczęła się trwająca niestety do dziś „tajska droga krzyżowa”. Spokój w państwie został podważony, a sekwencja zdarzeń sama w sobie może przyprawić o ból głowy. Po wielomiesięcznych demonstracjach żółte koszule walnie przyczyniły się do wojskowego zamachu stanu 19 września 2006 roku. Przyszła do władzy junta, co akurat w najnowszej historii Tajlandii nie było niczym nowym, ale faktycznie rządy objął jako premier jeden z osobistych doradców króla, członek Rady Królewskiej, generał Surayud Chulanont. Żółte koszule pozostały na ulicach, szczególnie w poniedziałki, ale demonstracje się zakończyły. Tyle tylko, że kraj nie posuwał się naprzód. Po niezwykle dynamicznych rządach Thaksina nastał marazm. Jedyną „zasługą” tej administracji był fakt, iż zmieniła ona Konstytucję z 1997 r., uznawaną za jedną z najbardziej demokratycznych w całej Azji. Na mocy nowej, przyjętej w 2007 r., stało się możliwe usuwanie polityków z życia publicznego za korupcję, a nawet rozwiązywanie całych partii politycznych za machinacje wyborcze. Ten los przypadł w udziale osobistej kreacji Thaksina, partii Thai Rak Thai (TRT, Taj kocha Taja), a ponad stu jej najznamienitszych przedstawicieli na pięć lat usunięto z życia publicznego. Wydawało się, że jest już „po sprawie”.

Nic bardziej błędnego! Gdy w grudniu 2007 r. Tajowie poszli do urn wyborczych, ponownie wybrali zwolenników Thaksina, tym razem zrzeszonych w powołanej zaledwie pół roku wcześniej emanacji TRT o – jakże symbolicznej – nazwie Partia Władzy Ludu. A Thaksin, teraz już właściciel pierwszoligowego brytyjskiego Manchesteru United, w lutym roku następnego triumfalnie wrócił do kraju. I znowu podzielił kraj, jeszcze głębiej niż dotąd. Stołeczne elity najpierw zarzucały jego zwolennikom, że „kupował głosy” (dzięki czemu wygrał wybory), a następnie, od końca maja, znowu uaktywniły się żółte koszule, które najpierw demonstrowały na ulicach, a potem, od końca sierpnia zajęły też siedzibę rządu. W efekcie gabinet obradował „na mieście”, najczęściej w koszarach i na terenie starego, częściowo już opuszczonego lotniska Dong Muang. Kulminacja tego ruchu wreszcie zwróciła uwagę światowych mediów, bo w końcowej fazie żółte koszule zajęły oba stołeczne lotniska, paraliżując kraj.

Wtedy zapadły decyzje mające wpływ na ostatnie wydarzenia i dzień dzisiejszy. Najpierw Sąd Najwyższy (głosami 6:5) skazał Thaksina na dwa lata więzienia za korupcję (były premier był już wówczas ponownie banitą, w Dubaju, albowiem Brytyjczycy pozbawili go wizy, tak jak Tajowie paszportu), a potem – 2 grudnia 2008 r. – Trybunał Konstytucyjny rozwiązał Partię Władzy Ludu, na tych samych podstawach, jak poprzednio TRT: za malwersacje wyborcze. Zadowolone żółte koszule ogłosiły zwycięstwo, opuściły lotniska i okupowane budynki. A w parlamencie doszło do umowy, na mocy której jeden z dotychczasowych najbliższych współpracowników Thakisna, Newin Chidchob zmienił front i zjednoczył się z siłami Partii Demokratycznej, najstarszej w kraju i będącej uosobieniem stołecznych elit. To na mocy tego układu 14 grudnia 2008 r. nowym, 27 z kolei w ramach monarchii konstytucyjnej premierem Tajlandii został młody (ur. 1964 r.) absolwent Oxfordu Abhisit Vejjajiva.

I znowu: na tym się nie skończyło. Już w lutym 2009 r. uaktywniły się istniejące już wcześniej czerwone koszule, powszechnie kojarzone ze zwolennikami Thaksina. Domagały się „prawdziwej demokracji”, obalenia Abhisita (ministrem Spraw Zagranicznych w jego gabinecie został prominentny przedstawiciel żółtych koszul) i sprawiedliwości, bo nikt z żółtych koszul nie został postawiony przed sądem ani za okupację siedziby rządu, ani lotnisk. Do przesilenia doszło w kwietniu 2009 r., akurat w święto tajskiego Nowego Roku – Songkran. Najpierw czerwone koszule storpedowały szczyt państw ASEAN w nadmorskim kurorcie Pattaya, a następnie doszło wręcz do walk ulicznych na ulicach Bangkoku (2 osoby zginęły, 121 zostało rannych). Część czerwonych koszul poddała się, ale część „zeszła do podziemia”.

I tak oto doszliśmy do ostatniej, jak dotąd, fazy tej gehenny, a więc wydarzeń w Bangkoku od 14 marca do 19 maja br. Kiedy 26 lutego Sąd Najwyższy odebrał Thaksinowi 1,4 mld dolarów z zamrożonych dotychczas na tajskich kontach 2,1 mld za transakcję sprzedaży Shin Corp., przebywający na wygnaniu w Dubaju Thaksin stwierdził, że „dopóty się nie podda, dopóki nie odzyska swoich pieniędzy” – i wezwał swoich zwolenników do walki. Ci, ubrani w czerwone koszule, ponownie wyszli na ulice z hasłami podobnymi jak przed rokiem: sprawiedliwość, odejście administracji Abhisita, demokracja, nowe wybory (bo wierzą, że w nich wygrają). Jak to się skończyło – już wiemy.


oceń
0
0
Podziel się

Więcej na ten temat

wiadomości

multimedia

galerie

w innych serwisach WP

Opinie

Ocena: 0 [0]
~ww [2010-07-12 02:16]

to polska leży w tajlandi?
kiedy zdążyli nas dołaczyć do azji? Przecież to wypiżdź wymaluj rządy PO !!! reycho miro i zbycho oraz hajka gronkowiec w warszawie szarżująca na kupców !!!!

odpowiedz