Logo dostawcy Ratowała żołnierzy w Iraku i Afganistanie. "Nie umiem czynić cudów"

Polska Zbrojna | aktualizacja 2013-04-02 (14:30) 1 rok 5 miesięcy 15 dni 9 godzin i 4 minuty temu
 
Ewakuacja medyczna w Afganistanie Ewakuacja medyczna w Afganistanie (fot. zoom.mon.gov.pl / Adam Roik/Combat Camera DOSZ)
Nie strzelałam, ale bardzo często zamiast prochu czułam coś gorszego: słodkawo-mdły zapach krwi - wyznaje podporucznik Monika Ner, która jest wojskowym ratownikiem medycznym. "Polsce Zbrojnej" mówi o misjach w Iraku i Afganistanie, strachu oraz medycynie na polu walki.

Twarze poległych nie straszą mnie w nocy. Chętnie natomiast wspominam chłopaków, którym udało się pomóc. podporucznik Monika Ner
"Polska Zbrojna": Niektórzy mówią o medykach, że to żołnierze, którzy nie wąchają prochu...

Podporucznik Monika Ner: To złośliwa sugestia kogoś, kto nigdy nie był na wojnie. Podczas akcji bojowych ratownik medyczny jest przecież członkiem drużyny czy plutonu. Naraża się tak samo, jak każdy. Wielu ratowników spędziło poza bazą więcej czasu niż niejeden żołnierz z tak zwanej bojówki. Nawet nie liczę, w ilu patrolach brałam udział. Owszem, nie strzelałam, ale bardzo często zamiast prochu czułam coś gorszego - słodkawo-mdły zapach krwi.

Było jej tak dużo?

W czasie misji udzielamy pomocy żołnierzom różnych nacji i cywilom. Kiedyś podczas VIII zmiany w Iraku pocisk moździerzowy upadł tuż obok amerykańskiego żołnierza. Biegłam go ratować. Niestety, mogłam jedynie pomóc pozbierać jego szczątki. Było bardzo dużo krwi... Innym razem przywieziono nam kilkunastu ciężko rannych policjantów irackich. Mieliśmy mnóstwo pracy.

Taki widok paraliżuje?

Gdyby przerażał mnie widok krwi, ran, ciał zabitych, nie mogłabym być ratownikiem. Owszem, te obrazy gdzieś w człowieku pozostają. Nie mam jednak sennych koszmarów. Twarze poległych nie straszą mnie w nocy. Chętnie natomiast wspominam chłopaków, którym udało się pomóc.

Dobrze wyszkolony ratownik nie może tracić głowy. Nic nie powinno go paraliżować. Nawet gdy na pomoc jest już zbyt późno lub wszelkie wysiłki nie przyniosły efektu, ratownik może odreagować dopiero po akcji. Często odczuwa się wtedy bezsilność, złość, że nie jest się cudotwórcą.

Dużo było tych uratowanych?

Tego też nie liczę. Podczas X zmiany w Afganistanie przez dwa miesiące byłam w składzie amerykańskiej latającej grupy ewakuacji medycznej. Prawie każdego dnia startowaliśmy, żeby podejmować rannych. Często po kilku naraz. Uratowaliśmy wielu ludzi, ale nikt z nas nie bawił się w statystyki. Z kolei z lekarzem i ratowniczką z takiego zespołu, których poznałam w Iraku, mam kontakt do dzisiaj. Zaprosili mnie do siebie, do Stanów Zjednoczonych. Odwiedzili mnie także w Polsce.

Były jakieś różnice w waszym podejściu w zależności od tego, po kogo lecieliście?

Żaden ratownik czy lekarz nie robi rozgraniczeń, że kogoś ratuje lepiej albo gorzej. Czy to na ziemi, czy w powietrzu podczas transportu zawsze panuje pełna mobilizacja, jesteśmy zdeterminowani, aby ranny dotarł do szpitala żywy. Faktem jest, że gdy przez radio słyszałam, że lecimy po Polaka, odczuwałam jakieś wewnętrzne spięcie. Wstępowały we mnie jakieś nowe siły. To było jednak tylko wrażenie. Tak naprawdę każdemu rannemu, bez względu na narodowość, poświęcaliśmy wszystkie siły i dostępne środki. Najważniejsze było to, aby przeżył.
‹ poprzednia 1 2

Polub konflikty.wp.pl na Facebooku

oceń
tak 190 77.55%
nie 55 22.45%