Mogadiszu, stolica Somalii, kolejny raz tonie w morzu krwi. Od tygodnia nie ustają intensywne walki między partyzantami a siłami rządowymi i międzynarodowymi. Kawałek po kawałku rozrywają oni i tak zdewastowane już miasto. W ciągu kilku dni zginęło co najmniej 80 cywilów. Zwłoki ofiar wciąż zalegają ulice.
Dniem i nocą dźwięki strzałów i wybuchów wstrząsają zrujnowaną stolicą. Mieszkańcy Mogadiszu całymi dniami siedzą zamknięci w swoich mieszkaniach, często bez dostępu do wody pitnej lub świeżego jedzenia. Boją się. Nie wychodzą na zewnątrz. Wiedzą, że po ulicach wałęsa się śmierć. Na śmiałków czyha w postaci zabłąkanej kuli albo wystrzelonego na ślepo pocisku z moździerza, który spadnie na środek targu lub boiska. Może pojawić się też pod postacią samochodu-pułapki. Albo człowieka-bomby.
Walki rozpoczęły się w miniony poniedziałek, gdy partyzanci al-Szebaab uderzyli na wojskowe koszary w różnych częściach miasta. Dzień później dwóch mężczyzn przebranych za żołnierzy weszło do Hotelu Mona. Niespodziewanie skierowali karabiny w stronę gości i otworzyli ogień. Po chwili wysadzili się w powietrze. Zginęło ponad 30 osób, w tym sześciu somalijskich posłów.
Kolejne dni nie przynoszą uspokojenia – na ulicach stolicy wciąż trwa bitwa, w której nagrodą będzie samo Mogadiszu. Dla al-Szebaab, islamskich fundamentalistów, którzy podbili już prawie całe południe i częściowo centrum Somalii, stolica stanowi kolejny strategiczny punkt do zdobycia. Dla Tymczasowego Rządu Federalnego i wspierającej go Unii Afrykańskiej (misja AMISOM) miasto jest ostatnim bastionem, w którym i tak kontrolują kilka zaledwie dzielnic. Reszta już przepadła, najprawdopodobniej bezpowrotnie.
Kraina cierpienia
Somalię spotyka prawie każde możliwe nieszczęście. Susza i głód? Regularnie nawiedzają kraj co kilka lat. Epidemie? Żółtaczka, malaria, biegunka – jest na co umierać. Powodzie? Wystarczy, że Ocean Indyjski zrobi się niespokojny, a część Somalii trafia pod wodę. Wojny? Też. Od blisko siedmiu tysięcy dni.
Według statystyk CIA przeciętny Somalijczyk ma w tym momencie trochę ponad 17 lat. Oznacza to, że nie może wiedzieć, czym jest pokój. Rok 1990 był bowiem ostatnim momentem, kiedy Somalia funkcjonowała względnie normalnie. Urodzeni później znają już tylko wojnę, która rozpętała się po upadku dyktatora Siada Barre. Do wyścigu po władzę przystąpiły wtedy dziesiątki organizacji, od band lokalnych watażków po muzułmańskie bojówki.
Pod koniec 2005 roku zdawało się, że sytuacja w kraju może się ustabilizować. Kontrolę nad znaczną częścią Somalii zdobyła Unia Trybunałów Islamskich, której udało się zapanować nad rozszarpującym państwo bezprawiem. Nie rządziła ona jednak długo – z powodu swojego religijnego radykalizmu została uznana na Zachodzie za sojusznika terrorystów spod znaku al-Kaidy. Sąsiednia Etiopia, po namowie i przy wsparciu USA, wkroczyła do Somalii i zmusiła Unię do ucieczki w głąb państwa. Przez następne lata Somalia po raz kolejny była pozbawiona rządu. W różnych miejscach kraju etiopscy żołnierze ścierali się z partyzantami, jednak nie dali rady stłumić rebelii.
W tym czasie Unia Trybunałów Islamskich rozpadła się na kilka frakcji. Jedną z nich był właśnie al-Szebaab (arab. "młodzież”) - najbardziej radykalne, wierzące w światowy dżihad i otwarcie deklarujące braterstwo z bin Ladenem skrzydło Unii. Inna grupa, pod przewodnictwem dzisiejszego prezydenta Sharifa Ahmeda, porozumiała się z Etiopią i Unią Afrykańską. W 2009 roku sformowany został Tymczasowy Rząd Federalny. Etiopczycy odeszli, ale Uganda i Burundi przysłały łącznie 6000 żołnierzy, którzy w ramach AMISOMu starają się wspomóc stosunkowo umiarkowanych polityków.
Nie wystarczyło to jednak, by powstrzymać rozpędzonych ekstremistów. Al-Szebaab szybko rozprawił się ze swoimi konkurentami na południu kraju, m.in. z inną dużą radykalną bojówką, Hizbul Islam. Dzięki temu pod władaniem partyzantów znalazła się znaczna część kraju, a oni sami bez większych problemów otoczyli stolicę, gdzie siły federalne i międzynarodowe od ponad roku barykadują się w koszarach. Żołnierze Unii Afrykańskiej są ograniczeni mandatem, który nie pozwala im brać udziału w akcjach ofensywnych. Nie posiadają zresztą wystarczająco dużo ciężkiego sprzętu, by pozwolić sobie na coś więcej niż desperacka obrona.
Dura lex, sed lex
Al-Szebaab administruje żelazną ręką podbite tereny. Wielu młodzieńców, często jeszcze dzieci, jest zmuszanych do wstąpienia w szeregi "świętych wojowników”. Partyzanci pilnują, aby na ich ziemiach przestrzegano bardzo surowej interpretacji prawa szariatu, bardziej radykalnej niż ta oficjalnie obowiązująca w całym państwie. Somalijscy mudżahedini stosują karę chłosty za kibicowanie piłkarzom, słuchanie muzyki rozrywkowej lub oglądanie zachodnich filmów. Kobiety muszą zakrywać całe ciała. Złodziejom obcinane są ręce. Wiele wykroczeń karanych jest śmiercią. W 2008 roku światem wstrząsnęła historia 13-letniej Aishy, która została ukamienowana na oczach tysięcznej widowni za "cudzołóstwo”. W ocenie islamskich sędziów nie miało znaczenia to, że dziewczynka nie zgodziła się na stosunek dobrowolnie, lecz padła ofiarą grupowego gwałtu.