Szukaj wiadomości:

Rozzłościł największych tego świata i stał się popularny

Logo dostawcy
Le Monde diplomatique - edycja polska | dodane 2011-01-17 (13:07)

drukuj A A A
Gdyby nie wolność słowa, bylibyśmy jak te nieme i milczące barany prowadzone na ubój - mawiał George Washington, pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych. Amerykańska wiara w wolność słowo została jednak zachwiana, gdy demaskatorski portal WikiLeaks ujawnił tysiące depesz dyplomatów USA. Kto się boi WikiLeaks i jego założyciela Juliana Assange'a? - zastanawia się publicysta "Le Monde diplomatique", Philippe Riviere.

Było to ważne przemówienie, którego nie powstydziłby się sam ojciec-założyciel Stanów Zjednoczonych. 21 stycznia 2010 r. Hillary Clinton wygłosiła krótką mowę na temat wolności w internecie. Krytykując państwa, które „wprowadziły elektroniczne bariery mające na celu uniemożliwienie społeczeństwu dostępu do części zasobów światowych i wykasowały słowa, nazwiska i zdania z wyników wyszukiwania”, sekretarz stanu posłużyła się credo prezydenta Baracka Obamy: „Im bardziej niezakłócony jest przebieg informacji, tym silniejsze stają się społeczeństwa”. W imię tego „prawa” w obronie wolności słowa i „sieci informacyjnych, które dają ludziom dostęp do nowych faktów i pozwalają obarczyć rządy odpowiedzialnością za ich czyny”, administracja wprowadziła program wspierający „wypracowanie nowych narzędzi, które pozwoliłyby obywatelom korzystać z ich prawa do wolnego wyrażania się, bez konieczności obchodzenia cenzury politycznej” i ostrzegała przed rządami, które „zupełnie tak samo jak dyktatury znane z przeszłości, (…) celują w niezależnych myślicieli posługujących się tymi narzędziami”.

Wspaniała mowa. Tymczasem, 30 listopada 2010 r. Hillary Clinton ogłosiła zamiar „podjęcia agresywnych działań” celem pozwania organizacji Juliana Assange’a. Jaką popełnił zbrodnię? Ujawniając m.in., że pani Clinton zażądała od swoich dyplomatów w ONZ, by szpiegowali urzędników tej organizacji i uzyskali, w miarę możliwości, ich dane biometryczne, hasła i numery kart kredytowych, WikiLeaks naraził na niebezpieczeństwo całą „społeczność międzynarodową”.

Niezależnie od przekonań politycznych, komentatorzy szybko wpadli w szał i niezwłocznie domagali się na ekranach, by „zabić łajdaka po cichu” (dziennikarz Bob Beckel w Fox News), żeby pozwać go za „terroryzm” (Peter King z Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego), czy nawet uznać go za „wrogiego bojownika” na wzór więźniów z Guantanamo (Newt Gingrich w Fox News). Jak skomentował słynny działacz i pacyfista – pozostałości makkartyzmu podsycane gorączką linczowania, jak to już nie raz zdarzało się w historii Stanów Zjednoczonych [1].

Nagonka na WikiLeaks

Zakładając WikiLeaks, Assange miał zamiar ujawniać realne „spiski”, tajne porozumienia mocodawców skwapliwie ukrywane przed opinią publiczną. Przeszedł samego siebie... Tuż po publikacji notatek dyplomatycznych Chiny zablokowały dostęp do WikiLeaks. Amerykański rząd zakazał uczniom robienia jakichkolwiek wzmianek o serwisie na swoich blogach, a siły powietrzne zabroniły konsultowania witryn New York Times, Spiegel i Guardian, które również opublikowały dane.

Trzej główni internetowi operatorzy bankowi – którzy umożliwiają wysłanie pieniędzy Ku Klux Klanowi – odmówili pośredniczenia w przelewach dla WikiLeaks. Visa, Mastercard, Paypal ukazały tym samym swoją naturę „narzędzi amerykańskiej polityki zagranicznej”, komentował w odpowiedzi rzecznik WikiLeaks. Bez żadnej przyczyny prawnej strona szwajcarskiego banku, Postfinance, zablokowała konta australijskiego hakera.

Tableau Software – witryna umożliwiająca publikację danych – ocenzurowała nie same dokumenty, ale zwykłe streszczenie „wycieków”, wyjaśniając niejednoznacznie, że WikiLeaks nie miało „praw do danych”. Amazon, zajmujący się hostingiem dla portali internetowych, nie biorący odpowiedzialności prawnej za umieszczane zawartości, których nie jest autorem, zamknął z własnej inicjatywy konto WikiLeaks. Gdy w związku z tym organizacja wynajęła serwery u francuskiej firmy hostingowej OVH mieszczącej się w Roubaix, w Paryżu minister ds. gospodarki cyfrowej Eric Besson – któremu kilka miesięcy wcześniej powierzono kwestię obrony tożsamości narodowej kraju Voltaire’a – zażądał od Rady Głównej ds. Przemysłu, Energii i Technologii (CGIET), by wskazała „jak najszybciej metody usunięcia witryny z francuskich serwerów”. Wyznaczony przez OVH ekspert zarządzania tymczasowego odesłał sprawę do ewentualnej głębszej analizy.

Również EveryDNS – operator domen zajmujący się wskazywaniem, gdzie w sieci znajduje się taki czy inny adres internetowy – wymazał całkowicie i zupełnie zwyczajnie nazwę WikiLeaks.org ze spisu. Wszystkie słabości internetu (punkty skupienia, zależność od Stanów Zjednoczonych) i wszystkie metody zniewolenia, o których pojawieniu się „libertyni” sieci wspominali od lat, zostały wykorzystane.



oceń
1
0
Podziel się

Więcej na ten temat

wiadomości

multimedia

galerie

w innych serwisach WP

Opinie

Ocena: 0 [0]
~PO to dno [2011-01-23 11:12]

amerykański sen o wolności
to tylko sen

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
R.R. [2011-01-17 13:32]

Wolność wolnością
a kradzież kradzieżą. Assange opublikował kradzione dokumenty, a zatem powinien beknąć za współudział.

odpowiedz

pokaż 3 ukryte odpowiedzi

Ocena: 0 [0]
~romano [2011-01-17 14:30]

ciekawe
otrzymal i opublikowal nic nie kradl,ale jest inna kwestia jak panstwa kupuja dane wykradzione z bankow to jest OK! to jest przestepstwo czy cos innego

odpowiedz