Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.

Polski żołnierz na wojennej ścieżce z internetowym chamstwem

Sobota, 8 grudnia 2012, źródło:WP.PLWP.PL
fot.PAP / Marcin Bielecki
St. sierż. Jacek Żebryk, weteran misji w Iraku i Afganistanie, od wielu miesięcy walczy w internecie z obraźliwymi wpisami pod adresem polskich żołnierzy, co doprowadziło już do kilku wyroków skazujących. Jednak nie wszyscy popierają jego działania. W ostatnim czasie sierżant otrzymał kilkadziesiąt listów z pogróżkami. Wirtualnej Polsce opowiedział, co sprowokowało go do wypowiedzenia wojny chamstwu w sieci i czy domyśla się, kto może mu grozić.


Adam Parfieniuk: Co skłoniło pana do zajęcia się obraźliwymi wpisami pod adresem żołnierzy? Czy był to może konkretny impuls?

St. sierż. Jacek Żebryk: Tak, był konkretny impuls. Prowadząc samochód, usłyszałem w radiu o śmierci st. szer. Poświata. Po powrocie do domu, chciałem dowiedzieć się więcej na temat okoliczności, usiadłem przed komputerem i przeczytałem o tym na konflikty.wp.pl. Zaraz pod informacją pojawił się pierwszy wpis, który pamiętam: "Żołnierze to takie świnie w mundurach, które powinny służyć nam, a nie my im. To my świniaka w mundurze utrzymujemy". To był dla mnie kubeł zimnej wody. Informacja o śmierci, a zaraz pod nią taki wpis. Zacząłem czytać więcej i było coraz gorzej. Zadzwoniłem na żandarmerię, a tam powiedziano mi, co mogę tym dalej zrobić, czyli zgłosić sprawę na policję lub złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa do prokuratury.

Czy ktoś przed panem, żołnierz lub cywil, zajmował się wcześniej podobną sprawą?

Z czasem dowiedziałem się od prokuratora, który prowadził śledztwo, że jest to pierwsza tego typu sprawa w Polsce. Gdy próbowano znaleźć sprawę o podobnym charakterze, by uniknąć pomyłki w kwalifikacji czynu, okazało się, że nie było się do czego odnieść. To była rzecz bez precedensu, żadna prokuratura nie zajmowała się tematem obraźliwych wpisów pod adresem żołnierzy.

Czy do Polaków, służących obecnie w Afganistanie, docierają informacje o pana działalności? Jakie są reakcje?

Z całą pewnością docierają, bo akcja odbiła się szerokim echem w mediach, w szczególności w ostatnim tygodniu, gdy wyszła na jaw kwestia pogróżek, które do mnie wysyłano. Poza tym mam wielu kolegów w Afganistanie, od których co jakiś czas dostaję maile ze słowami otuchy, piszą: "Tak trzymaj, a po powrocie przyłączymy się do ciebie", itp.

Jak na ostatnie wiadomości o pogróżkach zareagował MON? Kto wspierał Pana w kwestii zgłaszania wpisów?

Minister zareagował bardzo stanowczo. Wiem, że rozmawiał na ten temat z prokuratorem generalnym. Cały czas jestem w kontakcie z rzecznikiem MON-u Jackiem Sońtą.

Czytaj więcej: Jest śledztwo ws. gróźb pod adresem sierżanta Jacka Żebryka

Osobą, która pierwsza dała mi zielone światło do działania w sprawie wpisów, był mój przełożony płk pilot Ireneusz Starzyński. Chociaż sam nigdy nie był na misji, wystarczyło, że przeczytał wpisy. Udzielił mi autoryzacji i polecił zainteresować sprawą media. Praktycznie od samego początku mogłem liczyć na pomoc prawną MON. Odległość między Świdwinem, gdzie mieszkam, a Warszawą uniemożliwia mi zajmowanie się wyłącznie tą kwestią, bo mam swoje zadania służbowe na miejscu. W sierpniu tego roku wstąpiłem do Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych, które pomogło nawiązać współpracę z Bumarem - polski koncern zbrojeniowy finansuje najlepszych prawników.

A co z ludźmi, którzy nie życzą panu dobrze? Jak pan traktuje listy z pogróżkami i czy domyśla się, kto może za nimi stać?

Z dużym prawdopodobieństwem, na własną rękę, udało mi się ustalić kto to robi. Przekazałem te informacje prokuraturze w poniedziałek, ale więcej na ten temat nie chciałbym mówić, niech prokuratorzy nad tym teraz pracują.

Pojawiły się informacje, że prokuratury z Białogardu, Koszalina i Torunia przez dwa miesiące przerzucały się odpowiedzialnością kto, powinien wszcząć śledztwo w sprawie pogróżek. Jak to wyglądało z pana strony?

Widziałem, że szykuje się medialny lincz na prokuratorze Książku (szef Prokuratury Rejonowej w Białogardzie - przyp.), a sam nie chciałem, żeby tak to wyglądało, bo nie było w tym jego winy. Prokurator padł ofiarą machiny administracyjnej. Stemple na listach z groźbami pochodziły z Torunia, więc trafiły właśnie tam. Stamtąd wysłano je do prokuratury Koszalina i dlatego trwało to dwa miesiące.